ďťż
 
[Warszawa] O wszystkim i o niczym...





Mies - Czw Lip 17, 2008 8:20 am
Ku przestrodze:
---
Banki niszczą kawiarnie na pl. Wilsona
Wojciech Karpieszuk 2008-07-16

Żoliborski plac umiera. Banki wywindowały czynsze do niebotycznych granic. Ostatnie kawiarnie i sklepy dostają nawet 400-proc. podwyżkę czynszów. U Bliklego mówią: - Tak drogo jest w Oslo

- To dla nas ekonomiczna śmierć. Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa "Żoliborz Centralny" podniosła mi czynsz ze 125 zł na 250 zł za m kw., bo tyle podobno płacą banki. Mnie na tyle nie stać. Mam się wynieść do września - żali się Ludwika Zapart, właścicielka jednej z dwóch ostatnich kawiarni przy pl. Wilsona.

I dodaje z żalem: - Przecież jestem tu od 17 lat. Wyremontowałam ten lokal.

Drożyzna jak w Oslo

W listopadzie pisaliśmy o pladze banków w centralnym punkcie Żoliborza. Przy samym pl. Wilsona naliczyliśmy ich siedem. Dziś już jest dziewięć, a w okolicy - 30. Na parterze narożnego budynku przy stacji metra Marymont na dziewięć lokali użytkowych aż siedem to banki. Cały czas powstają nowe.

- To jakieś szaleństwo. Nam spółdzielnia chce podnieść czynsz o 236 proc., obliczyliśmy, że stać nas na 24 proc. podwyżki - mówi Maciej Kwiatkowski, prezes zarządu legendarnej sieci kawiarni A. Blikle. - Nie wytrzymamy. Jeszcze trwają negocjacje. Mam nadzieję, że uda się nam ustalić racjonalną stawkę, bo w przeciwnym wypadku opuścimy pl. Wilsona - zapowiada.

Blikle, mniej niż przy pl. Wilsona, płaci za lokal przy Nowym Świecie. Ostatnio firma dostała propozycję, by otworzyć kawiarnię w Oslo, w jednym z najdroższych krajów świata - w Norwegii. Prezes Kwiatkowski obliczył, że czynsz tam byłby taki sam jak przy pl. Wilsona.

W podobnym tonie wypowiada się Albert Judycki, współwłaściciel delikatesów Lukullus, które też działają przy pl. Wilsona. - Rozumiem, że spółdzielnia chce renegocjować czynsze, ale skala podwyżek jest trudna do przełknięcia. Nam chcą podnieść czynsz o prawie 400 proc. Musielibyśmy gigantycznie podnieść ceny, by się utrzymać.

Cukiernicy i sklepikarze podkreślają, że nie są w stanie przebić oferty banków i płacić tyle co one. Prezes WSM Żoliborz Centralny Robert Poszwiński przekonuje, że to nie on ustalał czynsze, bo w spółdzielni jest dopiero od maja. - Zgadzam się, że dla niektórych mogą być one za wysokie, ale są firmy, których takie stawki nie przerażają - twierdzi. Prezes uważa także, że taka kawiarnia jak Blikle powinna być wpisana w pl. Wilsona. - Jednak od pięciu lat nie negocjowaliśmy czynszu. Jestem prezesem spółdzielni mieszkaniowej, mam dbać o jej interes, a nie o interesy firmy państwa Blikle czy Zapart - dodaje.

Front obrony małej czarnej

W obronie kawiarni i sklepów stanęli mieszkańcy Żoliborza. Będą zbierać podpisy przeciwko ich likwidacji. Po dzielnicy lotem błyskawicy rozniosło się, co się szykuje przy pl. Wilsona. Na żoliborskim forum internetowym na Gazeta.pl zawrzało. "Banki są świetnymi najemcami. Zamykają podwoje o godz. 19 i jest cisza i spokój. Tylko nam, mieszkańcom dzielnicy, odbierają możliwość napicia się kawy czy zrobienia zakupów" - pisze laminja. I prorokuje: "Wkrótce na pl. Wilsona będzie tak: banki, empik i Mini Europa, która z braku konkurencji będzie jeszcze droższa. Na kawę zaczniemy jeździć do centrum albo do Arkadii, bo do Żywiciela wszyscy się nie zmieszczą. Po godz. 18 pl. Wilsona stanie się tylko stacją przesiadkową, bo kino Wisła też prędzej czy później pewnie padnie".

- Ta spółdzielnia to tradycja przedwojennego budownictwa społecznego. Przed wojną istniały tu pralnie, łaźnie, kluby zainteresowań. To smutne, że teraz jej władze odchodzą od idei spółdzielczości. Pl. Wilsona to wspólna przestrzeń i musi być otwarty na potrzeby mieszkańców - uważa Danuta Kuroń, która mieszka na Żoliborzu.

Za kawiarniami ujęła się też aktorka Alina Janowska: - Trzeba ich bronić, muszą zostać przy placu. Czy mamy jeździć na ciastka do Śródmieścia?

- Na naszych oczach pl. Wilsona przeistacza się w plac bankowy - mówi żoliborski radny i członek Stowarzyszenia Żoliborzan Stanisław Brukalski. - Będę namawiał burmistrza i kolegów, abyśmy wspólnie przeciwko temu wystąpili. Mam nadzieję, że nie będzie trzeba czekać, aż mordercza konkurencja wykończy w końcu banki.

Wojciech Karpieszuk
http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,3486 ... lsona.html

Komentarz Jarosława Osowskiego
Tak przegrywamy miasto
Jarosław Osowski 2008-07-16

Na placu Wilsona właśnie przegrywamy coś bardzo ważnego. Banki pączkujące jeden po drugim w miejscu lubianego sklepu na rogu, popularnej księgarni, kawiarni, zasłużonego kina czy zegarmistrza to znak, że dramatycznie obniża się jakość życia mieszkańców. Dzieje się tak nie tylko w sercu Żoliborza. Na psy schodzą kolejne ulice, które pustoszeją już wczesnym wieczorem. Marszałkowska czy Grójecka to dzisiaj bank na banku. Puławska obrasta lumpeksami. W wielu miejscach co krok to apteka. A wszystko zasłonięte wielkimi płachtami reklam, które udają, że zarabiają na remonty budynków.

Walkę z reklamami ratusz sobie odpuścił i teraz nie ma nad nimi żadnej kontroli. Podobnie będzie z tym, co mieści się w parterach domów. Samorządowcom i urzędnikom najłatwiej wykręcić się, że nie mają wpływu na to, co się gdzie otwiera, skoro nie wszystkie lokale należą do miasta. Tyle tylko, że kiedy w centrum mieszkańcy nie będą mieli gdzie pójść po bułkę albo na kawę, bo wkoło same banki, wina za tak niekorzystne zmiany pójdzie na konto ratusza, a nie pazernych wspólnot mieszkaniowych czy spółdzielni.

Przypadek WSM Żoliborz Centralny jest tutaj szczególny. Jej działacze uwielbiają się odwoływać do swej historii sięgającej lat 20. Żeby odciąć się od spółdzielczego molocha, który powstał w PRL, wpisali sobie do nazwy dzielnicę znaną ze społecznikowskich tradycji i troski mieszkańców o wspólną przestrzeń. Po czym podwyżkami czynszów wziętymi z sufitu krok po kroku ukatrupili nam plac Wilsona.

Jarosław Osowski




absinth - Czw Lip 17, 2008 8:30 am
heh pamietam te analizy i inne -izy z poczatku dekady kiedy przewidywano, ze tradycyjne banki w nadchodzacej dobie e-bankingu beda odchodzic w przeszlosc, a wiekszosc placowek zostanie zlikwidowana i zostana zachowane tylko te najwazniejsze.

Jak widac tendencja jest wrecz odwrotna.
Tylko pytanie kto do tych bankow chodzi. Ja od czasu zalozenia konta bylem tylko raz



macu - Czw Lip 17, 2008 8:33 am
Ciężka sprawa. Jakimś tam sposobem walki z bankami byłoby rozpowszechnienie darmowego internetu jak np. w Rzeszowie. Im więcej ludzi używałoby netu do usług bankowych tym mniej opłacałoby się utrzymywać realną placówkę.



d-8 - Czw Lip 17, 2008 8:48 am

Tylko pytanie kto do tych bankow chodzi. Ja od czasu zalozenia konta bylem tylko raz

chodzą chodzą. cała ekipa w wieku 35 + , a ci młodsi tez w sumie. niestety.

powyzszy wniosek z artykułu jest trafny i określający bardzo dobrze zjawisko : przegrywamy miasto




caterina - Czw Lip 24, 2008 8:55 am
bardzo podoba mi sie ten pomysł,akcja w przestrzeni miejskiej + przełamywanie obojetnosci i tumiwisizmu
========================

Wybory teraz, wybory w powstaniu
Jerzy S. Majewski

200 tablic rozsianych po mieście i mural gigant mają skłonić do refleksji nie tylko na temat wyborów dokonywanych podczas Powstania Warszawskiego, ale i dziś. To wspólna akcja Muzeum Powstania Warszawskiego i Grupy Twożywo.

Mariusz Libel z Grupy Twożywo zrzuca mnie z rusztowania opinającego ścianę szczytową kamienicy przy Pańskiej 112. To na niej malowany jest największy w Warszawie mural. Spod rusztowań wyłania się już rysunek. Czarna jak smoła ściana, w którą wali żelazna kula z napisem: "bezwład". Zwisa z ramienia malowanego dźwigu. Czerń to nicość, pustka po domu, który padnie pod uderzeniami kuli. Obok niczym spękany mur walą się litery ułożone w słowa: "jeszcze świadomy". To symbol tej ostatniej resztki domu, która jeszcze wciąż istnieje.

- Linie spękań na literach stworzymy z mnóstwa maleńkich postaci. Każdy człowiek póki żyje, nosi w sobie pamięć. Pamięć o zdarzeniach, domach, które znikają. Pamięć ta kończy się wraz ze śmiercią ludzi. Nowe pokolenia mają już inną świadomość - tłumaczy Mariusz Libel.

Żal mu kamienicy, której los jest przesądzony, i runie zwalona przez inwestora planującego wznieść tu wysokościowiec. A przecież dom jest już jedną z ostatnich pamiątek po kompletnie zburzonej dzielnicy.

Przez maleńkie okienka nielegalnie wybite kiedyś przez mieszkańców widać porzucone meble. Malowana kula nie jest kulą powstańczą. Symbolizuje bezwład i zarazem bezwzględną siłę komercji zabijającej pamięć o przeszłości, o dorobku dawnych pokoleń, ich cierpieniach i namiętnościach. Zresztą sam mural sąsiaduje z banalną planszą AMS-u zawieszoną na drugiej połówce domu.

- Ten dom zniknie. Co jednak stanie w jego miejscu? Kolejne szklane pudło? - pyta Mariusz Libel. Grupa Twożywo malowanie rozpoczęła w ubiegły piątek. Prace potrwają co najmniej do poniedziałku.

- Malowanie pozornie jest jak partyzantka miejska. Tyle tylko, że jest całkowicie legalne. Obeszliśmy mnóstwo urzędów, by uzyskać wszystkie zgody - mówi Jan Ołdakowski dyrektor Muzeum Powstania, trzymając w ręku tablicę-drogowskaz wskazującą dwie przeciwne strony świata. - Napis na nim to gra słów oparta na przeciwieństwach. Ojczyzna kontra zakupy lub powstanie kontra położenie. Jedna z tablic wymalowana zostanie na muralu. 200 innych zawisło w różnych częściach miasta.

- Są aluzją do przygotowywanych w muzeum spektakli, które w nowoczesny sposób maja opowiadać o Powstaniu Warszawskim. Ich kulminacyjnym akcentem będzie spektakl "Hamlet 44" w reżyserii Pawła Passiniego - tłumaczy Ołdakowski.

Tablice, podobnie jak sztuka Passiniego z hamletowskim "być albo nie być", odpowiadają na pytanie o wybory dokonywane w czasie powstania: Ojczyzna lub zakupy? Iść do powstania, czy pozostać obojętnym? Pytania, które można było zadawać tylko w pierwszych chwilach zrywu, bo przecież kilka dni później stanie się on traumatycznym doświadczeniem wszystkich. Zarówno tych, co ruszyli z poświęceniem życia, jak i tych, którzy woleli schronić się w piwnicy.

Ale pytanie o wybory jest znacznie głębsze. Dotyczy wyborów dokonywanych także dziś, przez każdego z nas. To pytania o nas samych. O to, jaką droga pójdziemy, jacy jesteśmy. Dodajmy - pytania uniwersalne. Aktualne latem 1944 r., w dobie PRL-u, jak i dziś, w epoce komercji.

Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna



caterina - Czw Lip 31, 2008 8:22 am
natknełam sie na info o kolejnym miejscu na alternatywnej sciezce zwiedzania stolicy.
w podworzu na rogu Mokotowskiej 31 i koszykowej 33 znajduje sie DDR STUDIO.meble inspirowane NRD-owskim kiczem.ceny z kosmosu ale wejscie za free
brakuje takich miejsc w Kato,jak ^^ oraz niesamowity Likus Concept Store na Krakowskim Przedmiesciu ,ktory nam pokazywał niezawodny przewodnik po Wawie Mies



d-8 - Czw Lip 31, 2008 8:28 am

natknełam sie na info o kolejnym miejscu na alternatywnej sciezce zwiedzania stolicy.
w podworzu na rogu Mokotowskiej 31 i koszykowej 33 znajduje sie DDR STUDIO.meble inspirowane NRD-owskim kiczem.ceny z kosmosu ale wejscie za free
brakuje takich miejsc w Kato,jak ^^ oraz niesamowity Likus Concept Store na Krakowskim Przedmiesciu ,ktory nam pokazywał niezawodny przewodnik po Wawie Mies


aj, geszeft likusów wymiata na całej linii. ale ja wiem że doczekam czasów, że takie kwiatki u nas w centrumie też będą



Mies - Czw Lip 31, 2008 11:22 am
@caterina
(...) Może dlatego tak spodobało mi się DDR Studio, sklep z meblami, lampami, dodatkami i sprzętem audiofilskim. Na mapie Warszawy pojawił się trzy miesiące temu. Jest wygodnie położony, w centrum miasta, w podwórku przedwojennej kamienicy. Kiedy na nie wchodzę, mam wrażenie, że znalazłam się w... Berlinie. Czerwona cegła, kameralny klimat. W DDR Studio można kupić kultowe meble znanych projektantów z lat 60., 70. i 80. I to oryginały, nie repliki. Na przykład okrągły fotel Eero Aarnio czy słynny "zawieszony" fotel Marcela Breuera w stylu Bauhaus. Ja nie zwracam specjalnej uwagi na nazwiska projektantów, nie chcę być niewolnikiem mody, ale dizajnerski snob na pewno będzie zachwycony. Wszystkie te "skarby" właściciele znajdują sami na aukcjach, pchlich targach i w galeriach: Berlina, Nowego Jorku, Londynu, Paryża, Mediolanu, a niektóre w Polsce. To i mnie zachęca, by wyszukiwać nietypowe, ładne przedmioty, jak przywieziona z Maroka kapa na łóżko i żyrandol z kolorowych szkiełek. Ostatnio częściej zaglądam do DDR Studio, bo właśnie kończę remont mieszkania na Żoliborzu. Niestety, kilku mebli, między innymi świetnej kanapy, którą tu wypatrzyłam, kupić nie mogę, bo mam za mały metraż. Upolowałam jednak rewelacyjną włoską lampę z mlecznego pleksi z lat 70. i oryginalny francuski reflektor teatralny, który też będzie mi służył jako lampa. DDR Studio, ul. Koszykowa 33 http://www.styl24.pl/article.php/art_id ... 1/#art-top



Mies - Pią Sie 08, 2008 6:26 pm
Wywiad z prof. Markiem Budzyńskim - projektantem m.in. Ursynowa, nowego BUW i budynku Sądu Najwyższego w Warszawie.

----
Towarzysze, monopoliści, deweloperzy
Dariusz Bartoszewicz, Wojciech Tymowski 2008-08-07

Gdy w 1972 roku projektowaliśmy Ursynów, to monopolista Społem nam powiedział: na Ursynowie ma być tylko jeden duży sklep o powierzchni 40 tys. m kw. Teraz znów tak się buduje w Warszawie. Dla mnie to powtórka z historii - mówi prof. Marek Budzyński.

---

Dariusz Bartoszewicz, Wojciech Tymowski: Co trzeci mieszkaniec warszawskich osiedli budowanych w ostatnich latach uważa, że są one równie kiepskie albo wręcz gorsze od blokowisk z czasów PRL, czyli np. projektowanego przez pana Ursynowa.

Prof. Marek Budzyński: To bardzo wysoki procent. A przecież standard dziś budowanych mieszkań jest znacznie lepszy niż w PRL. I mieszkania są z reguły większe. Wszystko mamy lepsze, solidne okna, ładne drzwi, fajną wannę, woda cieknie jak należy...

Nie zawsze. Mieszkańcy Józefosławia, miejscowości między Piasecznem a Warszawą skarżą się, że mają ładne domy, w których kąpać się można tylko po godz. 23, bo o innej porze ciśnienie wody jest za niskie.

- To drugi aspekt sprawy. Infrastruktura nie nadąża, oprócz domów na nowych osiedlach nie ma niczego więcej. Standard miasta jako miejsca życia wspólnotowego wciąż się obniża. Komunikacja, bliski dostęp do usług, szkoły, przedszkola, służby zdrowia, kontakt z terenami zielonymi - o tym deweloperzy w ogóle nie myślą.

Ale nie zapominają o centrach handlowych.

- Tylko że centra nie tworzą miejskości. Wręcz ją rozbijają. Niszczą miasto jako organizację przestrzeni dla grupy ludzi powstającą od kilku tysięcy lat w celu wymiany dóbr, zapewnienia sobie bezpieczeństwa czy wymiany informacji.

Wielkie obiekty handlowe powstają tam, gdzie jest taniej i przy skrzyżowaniu ważnych dróg. Ale też tam, gdzie łatwo się dostać samochodem, jadąc w przeciwnym kierunku niż do centrum miasta. Bo samochodem łatwiej dziś dojechać na obrzeża niż do centrum. Czyli handel, coś co kiedyś miasto skupiało, teraz je rozsadza i rozrzuca. Skutkiem powstawania wszystkich centrów handlowych, także tych nielicznych wybudowanych w centrach miast, jest śmierć przestrzeni publicznej. Ulice w centrum Warszawy zamierają. Chmielna czy Marszałkowska zamierają jako przestrzeń publiczna.

To wina wielkich firm handlowych?

- Też, ale to problem cywilizacyjny. Weszliśmy w fazę rozwoju, w której koncentracja kapitału i obrót nim są celem samoistnym. Wielkie firmy tak organizują handel, by do megaobiektów przybyło jak najwięcej ludzi. To zaczyna być monopolistyczny sposób handlowania. Właścicielami największych centrów jest zaledwie kilka wielkich sieci, no i banki.

Mówi pan trochę jak Naomi Klein, autorka książki "No logo".

- Z chęcią się uczę, od kogo się da, ale to, o czym mówię, gołym okiem widać. W Polsce proces monopolizacji postępuje w sposób drastyczny, bo nie mieliśmy naturalnych cech obronnych. Żyliśmy w socjalizmie, który robił to samo. Monopolizował wszystkie dziedziny życia.

Także projektowanie osiedli

- W 1972 roku robiliśmy projekt Ursynowa i w projektowaniu handlu musieliśmy korzystać z opracowań monopolisty, którym w PRL było Społem. I Społem nam powiedziało: na Ursynowie ma być tylko jeden duży sklep o powierzchni 40 tys. m kw. Wtedy tak budowano w USA. Teraz tak się buduje w Warszawie. Dla mnie to powtórka z historii.

Przy projektowaniu Ursynowa można się było z monopolistami targować?

- Prowadziłem grę z monopolistami, stosując pewne idee społeczne, nazwijmy je socjalizmem skandynawskim, który jest ukierunkowany na człowieka, jego wygodę i potrzeby. Ursynów był projektowany jako część miasta według zasad zrównoważonego rozwoju. W ówczesnych władzach była wola, by zaprojektować to osiedle doskonale. Przedstawiliśmy spójną wizję przestrzeni kreującą iluzję wspaniałego życia i oni ją akceptowali.

Planowaliśmy zrównoważenie liczby miejsc pracy z liczbą osób zawodowo czynnych. Miejsca w szkołach miały być dostosowane do zmieniającej się demografii. Były normy i normatywy szkolne, liczba dzieci w klasie, wielkość klasy w metrach kwadratowych. Rodzaj sal. Handel miał być zorganizowany według wiedzy o rozkładzie wydatków obywatela.

Wszystko policzone z aptekarską dokładnością?

- Tak.

Ale zostało tylko na papierze.

- Nie do końca. Nam udało się np. przekonać komitet warszawski partii, że lepiej kiedy mamy sklep o powierzchni 150 m kw. oddalony o 300 m od mieszkania niż jeden ogromny, ale daleko. Wytworzyliśmy więc w planach całą sieć sklepów. Oczywiście w ramach tych 40 tys. m kw., które przysługiwały normatywnie ogółowi mieszkańców.

Wszystkiego nie udało się zrealizować także dlatego, że cały system opierał się na wielopiętrowo zakłamanych danych. Sprawozdania miały się nijak do rzeczywistości. Zakłamana była liczba mieszkań i sklepów, materiałów, wszystkiego. I potem te dane trafiały do roczników statystycznych.

Jak śpiewali Skaldowie, "ej tylko spojrzę w gwiazdy, reszta przyjdzie sama...".

- Do dziś nie mogę zapomnieć wielkiego zebrania z dziennikarzami. Mówiło się o osiągnięciach na budowie Ursynowa, towarzysze podawali numery gotowych domów, których nie było, ba nie było nawet wykopanego dołu.

Ale teraz też podstawowa sprawa to jak najskuteczniej oszukać, by inni uwierzyli.

Jak się oszukuje?

- W reklamie, która obiecuje, że kreujemy zielone oazy, czy w polityce, która obiecuje mieszkanie dla każdego. Kończy się to kilkoma drzewkami na stropie garażu podziemnego i mieszkań dla tej coraz węższej grupy lepiej zarabiających.

Wróćmy do planowania Ursynowa... Co ostatecznie udało się zrealizować z planów?

- Zbudowano mieszkania dla 38 tys. ludzi na Ursynowie Północnym w latach 70., dwa po tysiąc i, powiedzmy, kilka sklepów po 150 m kw. Powstały cztery szkoły z przedszkolami, dwie z basenami. Choć był czas, że po chleb trzeba było jechać do miasta. Na dodatek wtedy projektowanego metra nie było, autobusu też nie było, bo drogi nie było.

Były bloki porozrzucane w przestrzeni tak, że trudno dopatrzyć się porządku, według którego układają się ich numery. Tak jest do dziś, co kontrastuje z nowymi, sąsiednimi Kabatami. Tam domy uszeregowane są przy ulicy jeden za drugim.

- Dla Ursynowa został zaprojektowany specjalny porządek.

Odmienny niż porządek miejski?

- Tak. Osiedla w PRL nie budowało się zgodnie z porządkiem miejskim. W tamtych czasach to było zbiorowisko budynków, a nie siatka ulic i placów. To zasadnicza różnica między miastem historycznym a modernistycznym. Naturalnie inspiracje przyszły do nas z Zachodu - z Francji. Były odpowiedzią na bardzo gęsto zabudowane XIX-wieczne miasto. W nowych osiedlach wszyscy mieli dostęp do słońca i terenów zielonych.

Kiedy zaczęliśmy obrabiać te 200 ha Ursynowa Północnego, stworzyliśmy dla niego pewien system, który starał się nawiązywać do historii, ale z uwagi na zmonopolizowanie wszystkiego przy budowaniu, nie mogliśmy tego zrobić w pełni. Mieliśmy fabrykę domów. A dom z fabryki nie mógł mieć np. parteru usługowego, bo ta fabryka nie robiła odpowiednich elementów, system na to nie pozwalał. Dlatego sklep powstawał w wolno stojącym pawilonie.

Kto narzucał ten system?

- Socjalizm, ale w oparciu o zachodnioeuropejski modernizm. System prefabrykacji został stworzony we Francji, poprzez Danię i Związek Radziecki trafił do nas. To nie był wymysł socjalizmu.

To próba szybkiego, masowego budowania po wojnie. Wtedy uwierzono, że zamiast po prostu budować dom, lepiej go szybko i tanio wyprodukować, a potem poskładać. Tradycyjne metody budowania były w ogromnej mierze uzależnione od człowieka - dobrych murarzy, cieśli. Ale oni byli wolni i niezależni, wykonywali pracę po swojemu. Nie chcieli się podporządkować systemowi.

Kiedy pracowałem w Danii, architekt mówił: nie rób tego z cegły, bo z murarzami nie damy sobie rady. Lepiej sprefabrykować elementy. A przecież trudno znaleźć bardziej humanistyczny kraj niż Dania.

W budownictwie socjalizm też chciał się oderwać od napływających do miast rzemieślników, chłopów, nieprzygotowanych do pracy, którzy niczego nie wiedzieli o technice. Dlatego do zbudowania Ursynowa służyć miała fabryka domów na Służewcu.

A tzw. infrastruktura społeczna? Ktoś ją narzucał czy projektanci byli wolni?

- W socjalizmie wszystko było regulowane, planowane i porządkowane, by prawie wszyscy mieli mniej więcej równo i mieszkali w mniej więcej takich samych mieszkaniach.

Ale my z zespołem, projektując osiedle, modyfikowaliśmy wszystko, co się dało, by uzyskać zrównoważoną przestrzeń miejską, naturalnie w ramach tamtych możliwości.

Na czym polegała modyfikacja?

- Fabryka domów - z uwagi na formy, wielkie stalowe mechanizmy, do których wlewało się beton, mogła produkować tylko w module 2,4 na 4,8 m. Od tego nie mogliśmy uciec. Ale w tych ramach mogliśmy coś proponować. Zamiast 30 typów prefabrykatów, z których dawało się zrobić pięć typów mieszkań, zaproponowaliśmy otwieranie systemu poprzez np. bardziej zróżnicowane otwory okienne. I zrobiliśmy inny zestaw prefabrykatów, prawie setka wersji. Dzięki temu na Ursynowie mieliśmy wprawdzie typowe mieszkania, ale nie w pięciu rozkładach, lecz w ponad 50. Pozwoliło to dość dowolnie tworzyć budynki - grubsze, cieńsze, wyższe, niższe. Typowe ówczesne budownictwo to dwie wysokości bloków - pięć pięter (bo wtedy nie trzeba budować windy) i jedenastopiętrowe (bo taka była wysokość typowych dźwigów). Na Ursynowie budynki są od 4 do 11 kondygnacji. Większym zróżnicowaniem form domów usiłowaliśmy zastąpić brak architektonicznych detali, które widać z bliska w starych częściach miast.

Poza tym skala wnętrz urbanistycznych Ursynowa Północnego jest wzorowana na skali ulic historycznej Warszawy, jak np. Nowego Światu - jego długości, szerokości - to jest ulica powszechnie akceptowana, jest plac miejski z kościołem i sklepami wokół. Jest park ursynowski, jest wielkomiejska ulica KEN, jest zaułek pasaż Ursynowski. Każde mieszkanie ma słońce i widok na teren zielony. Tak więc Ursynów Płn. został ukształtowany na podstawie związków Kultury i Natury. I to jest podstawowym wzorcem.

Ostatnio częściej słychać o takich zaletach Ursynowa. Ale pamiętam parapetówki na Kabatach pod koniec lat 90. Siedzieliśmy na swoich nowych balkonach i patrzyliśmy na stary Ursynów jak na ponure tło, zbiór pudełkowatych klocków bez dachów, gdzie nawet adres trudno odnaleźć. Nie widzieliśmy owej różnorodności, o którą walczył pan z systemem.

- Nie ma wątpliwości, że system budowania taki jak na Kabatach - do ulicy, a z drugiej strony do jakiegoś dziedzińca czy ciągu zielonego jest systemem tradycyjnym, zrozumiałym przez wszystkich. Generalnie tak się powinno budować. Wbrew pozorom Ursynów jest oparty na podobnych zasadach, które z uwagi na konieczność budowania w ramach megasystemów musieliśmy sublimować. Uliczka ursynowska nie ma domów ustawionych pod sznurek ani sklepów w parterach. Ma za to krajobrazowy teren i ziemię, i zasadę trzech równoległych ciągów: jezdnego, pieszego i zielonego, tworzących sieć.

Nowe osiedla na Kabatach przy ul. Wąwozowej i Bronikowskiego mają pierwszorzędne, świetnie zaprojektowane miejsca z placykiem, fontanną i uliczkami dla pieszych, z kawiarniami. Ale na Kabatach są też straszne rzeczy. Ten labirynt ogrodzeń. To stłoczenie budynków, że sąsiedzi mogą sobie podawać ręce z okna do okna. Osiedla są zbudowanie tak gęsto i wysoko, choć to są peryferia miasta. W niektórych rejonach to budowa na poziomie intensywności XIX-wiecznych kamienic w Śródmieściu, typowych domów studni. Po prostu kryminał.

Czy dostrzega pan jakiś błąd w planowaniu Ursynowa?

- Największym błędem planistycznym, który mogę sobie przypisać, była próba przeniesienia rozwiązań z Danii, gdzie pracowałem dwa lata. Byłem zupełnie oszołomiony humanizmem tamtego systemu. Całe państwo było otwarte i do usług dla każdego obywatela. Ursynów, jeśli chodzi o program społeczny i oświatowy, był oparty właśnie o duńskie modele. Ale one zostały w polskim, a ściślej ursynowskim społeczeństwie odrzucone.

Co odrzucili mieszkańcy Ursynowa?

- Podstawowym miejscem społecznego pierwszego kontaktu w Danii była pralnia, a przy niej mały barek. Druga rzecz - małe punkty opieki nad dziećmi. Na dziesięcioro, kilkanaścioro dzieci. I jeden niań, bo w Danii takie przedszkola prowadzili głównie faceci. Te elementy były rozsiane wszędzie. Na Ursynowie powstało 35 takich pralni z klubami, barkami. Trzeba pamiętać, że wtedy w polskich mieszkaniach królowała pralka Frania. A w klubach były nowoczesne automaty.

Na Ursynowie nie było ani jednego przedszkola. A kluby dziecięce już funkcjonowały i mimo to się nie przyjęły. Wszystko ostatecznie padło po stanie wojennym. Zamykanie klubów zaczęło się w latach 80.

Ludzie nie chcieli się integrować?

- Myślę, że wygrała polska tradycja, w której tradycyjna rodzina jest najważniejsza. Ludzie mogli też postrzegać te kluby jako coś narzuconego odgórnie. Poza tym młodzi animatorzy i działacze w klubach byli inni, w zachowaniach, w sposobie ubierania. To była grupa SYNAPSIS prowadzona przez Kazimierza Jankowskiego, znanego psychiatrę zajmującego się sprawami życia społecznego. Powstał konflikt. Z jednej strony władze spółdzielni, a z drugiej - ludzie z uniwersyteckim wykształceniem, zafascynowani bezstresowym wychowywaniem. Nie było porozumienia. Animatorzy wydawali się obcy, nie zostali zaakceptowani. Mimo że na Ursynowie zamieszkiwali w dużym stopniu ludzie z średnim i wyższym wykształceniem.

Na planowanym jako modelowe osiedle Ursynowie nie udało się zrealizować wielu obiektów. Dziś są tam puste miejsca. Niektórzy wskazują to jako zaletę. Teraz można tam wybudować np. przedszkole czy punkt usługowy. Tymczasem na nowych osiedlach na nic oprócz domów nie ma już miejsca.

- To prawda. Ale spójrzmy też prawdzie w oczy, na Ursynowie Płn. puste miejsca wypełnia komercyjna zabudowa mieszkaniowa.

Ale w nowej części Wilanowa w ogóle nie ma szkoły publicznej. Mieszkańcy mówią: co z tego, że na budynku mam elegancki kamień, ale mieszkam gorzej niż na peerelowskim blokowisku, bo nie mam drogi, nie mam szkoły, sklepu.

- Bo pojęcie programowania i obowiązkowej lokalizacji infrastruktury społecznej wraz z rokiem 1989 zniknęło jako sprzeczne z ideologią obowiązującą.

Stosunek do przestrzeni naszych głównych partii, które walczą o władzę, jest taki sam. Całkowicie olewają te sprawy. Nie mają żadnych oporów, by całą przestrzeń miasta oddawać na rzecz biznesu. A przecież podstawowe zadanie polityków lokalnych to dbać o relacje między obywatelem a jego przestrzenią. I żeby ta przestrzeń była rzeczywiście przestrzenią dobrą do życia.

Jak to zrobić?

- Procesy społeczne można regulować, pod warunkiem że ustanowimy odpowiednie prawo, które ukierunkowuje na określony cel, a nie na cele dowolne. Nowe osiedle nie może powstawać byle gdzie. Ale w Warszawie nie mamy planów, które określają, co i gdzie można zbudować. Władze miejskie tłumaczą, że tego nie da się zrobić. To fikcja. Nie daje się zrobić, bo się nie chce. A dlaczego? Bardzo proste, można wtedy wejść w układy. Przecież Franek jest wielkim deweloperem, a - powiedzmy - Józek wiceprezydentem. I co?

Właśnie i co?

- Bynajmniej nie chodzi mi o jakiś zblatowany układ. Chodzi o podkreślenie, że wśród ludzi polityki powszechna jest wiara, iż tylko obrót finansowy się liczy. Co to znaczy? Jako wiceprezydent pomogę deweloperowi, żeby on obrócił pieniędzmi. To chyba dobrze, prawda? Będzie więcej miejsc pracy, podatku - tak się mówi. A tymczasem celem jest, by Franek obrócił pieniędzmi. On i wiceprezydent naprawdę wierzą, że to, co robią, jest dobre dla wszystkich. Jeżeli Franek zarabia kupę pieniędzy, to świetnie. Wszyscy powinni się cieszyć. Prawda objawiona i skończona.

Źle, że Franek zarabia?

- Nie, tylko mówię, że nie jest dobrze, że zarabia kosztem innych obywateli miasta, których praw np. do nowej szkoły się nie uwzględnia, choć potrzeby zysku dewelopera są zaspokajane. A gdzie cele społeczne, które w ogóle nie obchodzą dewelopera? Gdzie właśnie owa szkoła, gdzie usługi, boiska? Gdzie w tym wszystkim człowiek?

Ktoś tu jest winien?

- Odpowiedź znacznie przekracza tę rozmowę, ale w jej ramach to przede wszystkim władze miasta.

Architekci nie?

- Architekci mają wiedzę na temat tego, co się dzieje, jedni gorąco wierzą, że staną się członkiem biznesowej elity światowej, i dla takiego celu są skłonni zrobić wszystko, inni uważają, że ta moc, którą reprezentuje światowa elita finansowa, jest nie do przewalczenia. I działają w myśl zasady: jak nie możesz zwyciężyć, to się przyłącz. Większość chce po prostu przeżyć.

To jakie jest wyjście?

- Systemowi ponadnarodowych finansów, którego celem jest wyłącznie mnożenie zysków i zawłaszczanie, musi bardzo silnie przeciwstawić się demokracja lokalna. Ona musi tworzyć takie tamy, by ta wielka moc międzynarodowego kapitału nie służyła wyłącznie mnożeniu zysku, ale by obracała się także na korzyść obywateli.

Bo wprawdzie globalizacja jest nieuchronna, ale musi być równoważona lokalnie przez pewien administracyjny i finansowy związek każdego człowieka z przestrzenią, w której on funkcjonuje.

A władza lokalna w Polsce, w Warszawie równoważy globalny biznes?

- W Polsce jest chyba bardzo różnie, ale w Warszawie ta władza nie jest de facto lokalna, bo choć wybrana demokratycznie, głównie oddaje władzę wielkim siłom ponadnarodowych finansów. One są jak pogoda - muszą istnieć. Ale, powtarzam, muszą też znaleźć na swojej drodze siłę, która nie pozwoli używać ich mocy destrukcyjnie. To tak jak z energią jądrową - może walnąć i zniszczyć wszystko, albo możemy z niej mieć elektryczność.

Lokalna władza musi tworzyć lokalne prawo, jakim jest dobry plan zagospodarowania. To prawo, które wymusza funkcjonowanie całej gospodarczej rzeczywistości na rzecz miasta jako przestrzeni obywatelskiej, a nie po to tylko, żeby deweloper mógł sprzedać dom z 200-procentowym zyskiem. Jeżeli inwestor chce zmaksymalizować zysk, to na starym osiedlu stawia budynek wysokości kilkudziesięciu metrów czy więcej zasłaniający światło i krajobraz. Władze lokalne mówią: proszę bardzo, zgadzamy się. Choć przecież obniżają w ten sposób standard przestrzeni życia dotychczasowych mieszkańców.

Inwestor zwykle argumentuje, że robi coś na swojej przestrzeni.

- Co to znaczy na swojej? A co to znaczy przestrzeń gminy? A czy słońce, które do nas dociera jest czyjeś?

Jak ktoś kupi sobie działkę i ma akt notarialny...

- A energia słoneczna, niezbędna do życia do kogo należy?

Jej nie można notarialnie zapisać.

- Ale to bardzo określona energia i wartość.

Ale jej nie zapisujemy.

- Nie zapisujemy. I teraz ktoś przed pana domem wybuduje gmach, że w ogóle nie będzie pan miał słońca. Pan umrze albo oszaleje z tego powodu, bo bez energii słonecznej nie ma życia. Tak samo jest z wodą. Jeżeli wszyscy mają równe prawa do życia, to trzeba ustalić jednoznacznie zakres praw dostępnych dla wszystkich. To obowiązek polityków. Takie prawo musi być precyzyjne, by gmina mogła je egzekwować od każdego.

Prawo do słońca i do zieleni?

- ...do powietrza, czystej wody, do wszystkich naturalnych warunków podtrzymujących życie, tzn. również do edukacji, do zdrowia, jak również walki o dominację czy dostęp do prawdziwej informacji.

Nikt nie chciałby, aby władze zezwalały na to, by jakaś budowla odcięła jego dom od słońca. Z drugiej strony gąszcz przepisów pęta inwestorów, przeciąga w nieskończoność przygotowywanie budów. Do tego dochodzi czas na rozpatrywanie protestów społecznych, odwołań od wyroków. Inwestorzy alarmują, że bez liberalizacji prawa nie zdążymy z inwestycjami na Euro 2012. A pan proponuje kolejne ograniczenia w inwestowaniu.

- Nie chodzi o kolejne regulacje. Chodzi o ich ujednolicenie, ukierunkowanie na najważniejszą wartość - życie. Proponuję wprowadzenie do nowej konstytucji, że najwyższą wartością w przekształcaniu przestrzeni Ziemi jest podtrzymywanie warunków umożliwiających życie. To musi mieć wyższą rangę niż święta własność prywatna. Bo prawo do życia mają wszyscy. A Ziemia jest jedyną znaną planetą, na której życie powstało. Obrona naturalnych warunków do życia, to obowiązek władzy. Tam, gdzie mieszkamy - tej lokalnej. Jeśli dziś zjawia się inwestor i mówi, że może zrobić wszystko, to znaczy, że władza lokalna już nie istnieje.

Dariusz Bartoszewicz, Wojciech Tymowski
Źródło: http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,4951 ... perzy.html



salutuj - Pią Sie 08, 2008 7:05 pm
www.pajacyk.pl - Wejdź i nakarm głodne dziecko



Mies - Śro Sie 20, 2008 2:55 pm
Pomnik radości życia na Żoliborzu

Artysta Maurycy Gomulicki chce zainstalować na Kępie Potockiej wielki neon z różowymi bąbelkami. Jak wszystko dobrze pójdzie, stanie tam już w październiku.



Konstrukcja byłaby wysoka na kilkanaście metrów, a różowe neonowe bąbelki umocowane na metalowej siatce zapalałyby się sukcesywnie i ulatywały w niebo niczym banieczki ze szklanki z oranżadą. Produkcję i montaż neonu chce sfinansować prywatny sponsor, potrzebna jest jeszcze zgoda władz Żoliborza. Projekt konsultują właśnie dzielnicowe komisje, a ostateczną decyzję podejmie burmistrz po powrocie z urlopu, najprawdopodobniej już pod koniec sierpnia.

– Mam nadzieję, że ten projekt będzie kolejną realizacją artystyczną, która stanie się pretekstem do dyskusji o jakości przestrzeni publicznej. Szczególnie teraz, w kontekście pl. Wilsona dotkniętego martwicą bankową. To doskonała okazja, by Żoliborz stał się awangardą w promowaniu działań nakierowanych na społeczność lokalną, dających nie tyle kasę, ile przyjemność życia – uważa Bogna Świątkowska z fundacji Bęc Zmiana, która realizuje projekt wspólnie z artystą.

Maurycy Gomulicki, wnuk wybitnego varsavianisty Juliusza Wiktora Gomulickiego, wychował się na Żoliborzu i kocha tę dzielnicę. Dlatego bardzo zależało mu, by neon postawić właśnie tutaj. Rozważał wiele lokalizacji. Plac Wilsona – ale tam mieszkańcy mogliby tylko neon podziwiać, anie spędzać pod nim czas. Cokół po pomniku w fosach Cytadeli – niestety, tam zbyt narażony byłby na wandalizm.

Wreszcie park Żeromskiego. – Chciałem ponownie sprowokować dyskusję o zamykaniu parków na noc, bo uważam, że podobnie jak kościoły dla wiernych, parki powinny być dostępne cały czas – mówi Maurycy Gomulicki. W parku Żeromskiego się nie udało. Nie tylko dlatego, że jest zamykany na noc, a neon działa przecież po zmierzchu. Zbyt ostre okazały się też obwarowania konserwatorskie.

Ostatecznie wybór padł na Kępę Potocką, miejsce, gdzie warszawiacy chętnie spędzają wolny czas. – Spacerując po Warszawie, ciągle natykamy się na pomniki chwały, męczeństwa i bohaterstwa. A ja jednak, wiedząc wiele o przelanej krwi, ciągle, chcąc nie chcąc, uśmiecham się do satyrów i boginek w Łazienkach czy Saskim. Cieszy mnie klucz wiolinowy na tyłach Akademii Muzycznej, z nadzieją czekam na kolejną wystawę róż – mówi Maurycy Gomulicki. – Stąd pomysł na współczesny pomnik lekkości, radości, urody chwili i jej ulotności. Życiem można i trzeba się cieszyć, warto o tym przypominać, prowokować takie właśnie doświadczenie – dodaje.
Źródło

No i wywiad z Maurycym, w którym pada sakramentalne pytanie "dlaczego różowe bąbelki?";)



absinth - Śro Sie 20, 2008 3:18 pm
hehe, swietne

pomnik radosci zycia - jak to ladnie brzmi



d-8 - Wto Wrz 16, 2008 8:06 am
Ludzie wilki wyją pod grodzonymi osiedlami
Dariusz Bartoszewicz, Zofia Zaleska2008-09-16, ostatnia aktualizacja 2008-09-16 00:03

Gromada ludzi ujadała jak wataha wilków pod grodzonymi osiedlami. To było wycie rozpaczy o lepszą przestrzeń - bez murów i szlabanów szatkujących miasto
Sana Kellera, artystę ze Szwajcarii, zdumiały warszawskie osiedla twierdze. Postanowił to skomentować: zawyć pod płotem w samą pełnię księżyca. Skrzyknął grupę kilkudziesięciu ludzi podobnie myślących. Wczoraj wieczorem Wilczy Chór Warszawy zakłócił spokój mieszkańców grodzonych osiedli: Mariny Mokotów, Rezydencji nad Potokiem, domów przy Kopie Cwila i Eko Parku.

Ludzie nieśmiało zerkali zza firanek, by sprawdzić, co się dzieje. - Wszyscy mamy w głowach bajkowy obraz małej wioski, wokół której krąży zgraja groźnych wilków. Te zwierzęta nie tylko budzą lęk, są też symbolem wolności i dzikiej natury. Podobnie jak ludzie żyją w stadach, tworząc swoistą społeczność - mówi San Keller.

Artysta zaznacza, że nie chce krytykować ani oceniać mieszkańców grodzonych osiedli: - Chóralne wycie wydało mi się zabawnym komentarzem do rzeczywistości, w której ludzie w poczuciu ciągłego strachu i zagrożenia budują prywatne miasta w mieście, często mimowolnie potwierdzając maksymę, że "człowiek człowiekowi wilkiem".

Rozkaz - zamknąć wjazd

Pierwszy skowyt rozległ się pod boczną bramą absurdalnie pogrodzonej Mariny Mokotów. Ochroniarz (anonimowo) na widok watahy: - Mam rozkaz dowództwa, by zamknąć wjazd, bo zbliża się demonstracja.

Oprócz opuszczonych szlabanów zatrzasnął jeszcze bramę, która jest otwarta normalnie do godz. 23. Zdezorientowani mieszkańcy nie mogli wjechać na osiedle. A wokół wyli ludzie.

- Nie czuję się winny, że mieszkam na zamkniętym osiedlu. Jest tu wygodnie i bezpiecznie. Wiem, że ludzie i architekci mówią: "To wiocha!". Jednak gdyby równie bezpiecznie było na osiedlach otwartych, to płotów by nie stawiali - twierdzi pan Zbyszek, mieszkaniec Mariny Mokotów. Na koniec się rozmarza: - Może te płoty kiedyś znikną i przez Marinę pojedzie autobus?

- Najwięcej grodzonych osiedli jest w RPA z powodu spadku po apartheidzie, w USA, gdzie są getta, i w Polsce. A my przecież nie mamy tych problemów. Mieszkanie za płotem to pozorne bezpieczeństwo, bo w Marinie też może trafić się złodziej. Tak się dzisiaj nie projektuje osiedli - bez otwartych przestrzeni publicznych, szkół i przedszkoli - przekonywali architekci z Warszawy Justyna Juchimiuk i Michał Golański, który zawył efektowne solo do kamery portalu Gazeta.pl

Szakalowilki nie pomogły

Na trasie wyjców nie mogło zabraknąć Rezydencji nad Potokiem u zbiegu al. Wilanowskiej i ul. Sikorskiego. Dziesięciopiętrowy dom opisywaliśmy jako przykład "agresji nowobogackiego blichtru". Kolumnadę przed budynkiem wieńczą bestie odlane z aluminium, krzyżówka szakala z wilkiem.

- Te zwierzęta mają strzec rezydencji i warczeć na ludzi, którzy nas nie lubią - mówił kierownik budowy kilka lat temu. Autorem rzeźb jest Bartłomiej Gładuń, który wtedy tłumaczył: - To strażnicy domu. Już w starożytnym Egipcie i Mezopotamii przed pałacami czy kompleksami grobowymi stawiano rzeźby zwierząt, by symbolicznie ich bronić.

Szakalowilki nie ustrzegły wczoraj Rezydencji nad Potokiem przed ujadającą zgrają.

- Mnie to bawi. Oglądałem film "Wyjący faceci". Takie spontaniczne akcje też mi się podobają - zapewnia Marek, student SGH, który razem z rodzicami mieszka w Rezydencji. Zaraz dodaje, że wszyscy są przyzwyczajeni do wycia, bo obok działa Szopa Grill, a w krzakach hałasują menele. - Formuła tej akcji wydaje mi się ryzykowna. Ktoś z sąsiadów może się poczuć obrażony.

Hałaśliwe zgromadzenie skłoniło ochroniarza z firmy Juwentus do interwencji. Przytulony do telefonu alarmował: - Mówi Paplak . Wzywam patrol. Zgłaszam zakłócenie porządku publicznego.

Kulturalne wyjce

W akcji nie mogło zabraknąć Jacka Fendersona, który z grupą alterglobalistów zamknął dwa lata temu kilka osiedli, spinając z zewnątrz bramy łańcuchami i kłódkami. I rozwiesił plakaty: "Coraz trudniej się spaceruje, lawirując między samochodami i ogrodzeniami. Gdziekolwiek się spojrzy, parkingi za płotem, budki strażników, siatki i kolejne obozy do mieszkania. Najpierw grodzą się nowe osiedla, potem stare, by w końcu codziennością stały się otoczone drutami drogi przelotowe.

- Dlaczego wyję? Bo to fajny happening, kabaretowy i śmieszny. Skłania też do refleksji, jak bardzo całe to zamykanie się jest irracjonalne. Poczucie zagrożenia wykreowała branża deweloperska - uważa Jacek Fenderson.

Wilczy chór zamilkł o godz. 22. Jak tłumaczyli organizatorzy, "z racji na ciszę nocną jesteśmy jednak wilkami miejskimi zblazowanymi cywilizacją".

Projekt zakończył II Międzynarodowy Festiwal Sztuki Publicznej "Passengers" zorganizowany przez Fundację Sztuki Współczesnej "In Situ". Przez sześć dni w mieście trwały akcje artystyczne, warsztaty i dyskusje poświęcone zanikowi, prywatyzacji i grodzeniu przestrzeni publicznej.

Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna



Mies - Wto Wrz 16, 2008 8:21 am
Kolorowe światła na Agrykoli


2008-09-14

W poniedziałek 15 września pod estakadą na Agrykoli rozbłysną kolorowe światełka, które będą się zapalać i gasnąć, gdy tylko ktoś znajdzie się w pobliżu. To instalacja "Synchronizacja" Jakuba Szczęsnego.

Jakub Szczęsny, autor instalacji 'Synchronizacja', pod estakadą Trasy Łazienkowskiej podczas prób przed poniedziałkową inauguracją
W ciemnej przestrzeni przejścia pod estakadą ruchliwej Trasy Łazienkowskiej architekt Jakub Szczęsny z grupy projektowej Centrala rozmieścił kilkadziesiąt kolorowych, czerwonych, żółtych i zielonych świetlówek ze specjalnymi czujnikami.

Gdy w pobliżu pojawi się przechodzień będą się zapalać, a światło będzie "iść" razem z nim. - To działanie trochę podobne do Dotleniacza, który ożywił nieatrakcyjne miejsce, dał mieszkańcom lepszą przestrzeń i zadziałał jak magnes. Ja takie małe ruchy nazywam chirurgią miasta - mówi Jakub Szczęsny.

Wcześniej planował z fundacją Bęc Zmiana ustawienie na pl. Konstytucji wielkiej podświetlanej mapy warszawskich terenów zielonych. Z biurokratycznych powodów się nie udało. - Ale chciałem udowodnić, że jednak można coś w tym mieście zrobić, coś co służy czystej przyjemności, podniesieniu jakości życia. Żeby pokazać, jak ważna jest przyjazna mieszkańcom przestrzeń publiczna - mówi Jakub Szczęsny.



* Uruchomienie instalacji Synchronizacja pod estakadą Trasy Łazienkowskiej 15 września o godz. 19.30. Projekt zrealizowany przez fundację Bęc Zmiana przy finansowym wsparciu miasta Warszawy.



absinth - Wto Wrz 16, 2008 8:35 am
"Po co jakies kolorowe badziewia nawiązujące do pedalstwa? kogo to ma uczyc młode pokolenie?"

ze zacytuje klasyka

http://forum.gkw.katowice.pl/viewtopic. ... &start=420



driver - Pią Paź 17, 2008 9:48 am
LOL



Cud na Dworcu PKS Warszawa Zachodnia! Biurowiec z lat 70. przeistoczył się w pralkę


W opanowanej przez reklamę Warszawie oglądaliśmy już wiele. Po elewacjach Pałacu Kultury i Nauki wspinał się 20-metrowy goryl-mutant King Kong. Dach pawilonu Cepelii przy Marszałkowskiej ugniatał wielki sportowy bucior. Na ściany kilku domów wlazły olbrzymie tarantule. Co rusz któryś z budynków w centrum miasta staje się megabillboardem obwieszonym kolorowymi reklamami. A firmy outdoorowe wciąż mają nowe pomysły na ożywienie stolicy.

Ale to, co ostatnio przytrafiło się siedzibie PKS Warszawa na Dworcu Zachodnim bije na głowę i Kong Konga, i tarantule, i wszystkie billboardy razem wzięte. Wzniesiony w latach 70. biurowiec szczelnie opakowano płachtami, zmieniając w monstrualną pralkę Elektrolux. Urządzenie wygląda jak prawdziwe. Ma okrągłe drzwiczki i odstające pokrętło programatora. W wyobraźni widzę podchodzącą do pralki kobietę wzrostu filmowej Godżilli, która potrącając po drodze autobusy i rozdeptując kilkunastu oczekujących na dworcu pasażerów, wrzuca do bębna brudne portki swojego męża.

Ciekawe, jaka myśl przyświecała właścicielowi budynku, gdy decydował się na taką zmianę? Co chciał wyrazić, ubierając swoją siedzibę w kostium pralki? Pierwsze skojarzenie: "pranie brudnych pieniędzy" jest zbyt prostackie. "Porządki w firmie" - trochę banalne. Pewnie chodziło o przekaz bardziej wyrafinowany, bo PKS Warszawa - o czym jeszcze nie wiemy - właśnie zaczyna akcję: "Czysty strój kierowcy = zadowolenie pasażera". A może to jedna z promocji przejazdów autobusami i co tysięczny pasażer otrzyma w prezencie pralkę? Świetny podarunek na drogę. Domysły możemy mnożyć. Szkoda tylko, że udające obudowę pralki białe płachty same już są brudne i wymagają uprania. Siermiężne dworce PKS i autobusy tego przewoźnika czystością też nie grzeszą. Chowanie się w pralce na pewno tego nie poprawi.

Mimo to "cud z Dworca Zachodniego" ani chybi wywoła ferment w środowisku reklamy. Zaraz znajdą się naśladowcy zainspirowani tym prekursorskim przykładem. Właściciele budynków w stolicy z pewnością skorzystają z doświadczeń PKS Warszawa. Rotundę PKO można przecież zmienić w rondel, Dom Akademicki "Riviera" przebrać za szafę, zaś z Domów Towarowych Centrum zrobić pudła na buty.



d-8 - Sob Lis 29, 2008 11:38 am
Mieszkańcy stolicy to gościnne cwaniaczki?
Przemysław Jedlecki2008-11-28, ostatnia aktualizacja 2008-11-28 23:31

Warszawiaków uważamy za przedsiębiorczych, gościnnych i otwartych, ale zarozumiałych. - Niestety ten stereotyp często się potwierdza. Stanisław Jerzy Lec mówił, że w stolicy to nawet piec szczeka centralnie, i coś w tym jest - mówi socjolog Piotr Kulas.

Specjalnie dla "Gazety" firma MillwardBrown SMG\KRC zbadała, czy Warszawa da się lubić. Wczoraj napisaliśmy, że zazdrościmy warszawiakom pensji, ale nie chcemy wyjeżdżać do stolicy za pracą. Dzisiaj ciąg dalszy badań.

Z sondażu wynika, że mieszkańcy Warszawy wydają nam się przedsiębiorczy (94 proc.) i skłonni do zabawy (81 proc.). - To jasne. Ludzie lepiej zarabiają, więc więcej wydają na życie. Muszą być bardziej przedsiębiorczy niż mieszkańcy innych miast, bo Warszawa to przecież jedna z najdroższych stolic europejskich - mówi Piotr Kulas, socjolog z Wyższej Szkoły Biznesu w Dąbrowie Górniczej.

Ponad trzy czwarte respondentów uważa, że mieszkańcy stolicy są zarozumiali. - Niestety ten stereotyp często się potwierdza. Stanisław Jerzy Lec mówił, że w stolicy to nawet piec szczeka centralnie, i coś w tym jest - dodaje Kulas.

Adam Zdziebło z Żor, szef gabinetu politycznego w Ministerstwie Rozwoju Regionalnego, nie zgadza się z tą opinią. - Owszem istnieje stereotyp, że warszawiacy to cwaniaczki. Znam kilku rdzennych mieszkańców stolicy, którzy przekonywali mnie, że wszystkiemu są winni ludzie mieszkający w Warszawie od niedawna, ale za wszelką cenę próbujący podkreślić swoją stołeczność - przekonuje Zdziebło.

Prawie połowa respondentów uznała, że warszawiacy są skąpi. Zbigniew Drohobycki, pracownik Telekomunikacji Polskiej, który mieszka w Warszawie od dwóch lat, a wcześniej pracował w Katowicach, mówi, że to zdecydowana przesada. - Oczywiście, że łatwiej na ulicach stolicy zauważyć nowe modele drogich samochodów, ale poza ludźmi w dobrych wozach jest cała masa warszawiaków, którzy normalnie żyją i pracują. Czasem trudno im wiązać koniec z końcem, bo muszą sobie radzić z tym, że trzeba tu więcej wydawać na normalne życie - mówi Drohobycki.

Osoby biorące udział w badaniu nie szczędziły też pochwał pod adresem warszawiaków. Uznali ich za gościnnych i otwartych. Drohobycki jest podobnego zdania. Od siebie dorzuca też takie cechy, jak zaufanie i serdeczność. W Warszawie zainteresował się sportem ASG (dorośli bawią się w wojnę strzelając do siebie z replik broni). Polecamy: Takich gwiazd w Katowicach jeszcze nie było!

- Gdy pojechałem pierwszy raz na pole walki, jeden mężczyzna, który musiał zejść, bo został trafiony, dał mi swój karabin. Byłem totalnie zaskoczony, bo to była broń warta parę tysięcy złotych, a on pierwszy raz widział mnie na oczy. Nie wiem, czy sam zdobyłbym się na podobny gest - opowiada Drohobycki.

Sondaż CATI EXPRESS z dni 10.10-5.11.2008 zrealizowany przez MillwardBrown SMG\KRC, próba mieszkańców N = 300, reprezentatywna 15-65

Źródło: Gazeta Wyborcza Katowice



Michał Gomoła - Sob Lis 29, 2008 11:53 am
Co Ghelamco buduje u nas, a co w Warszawie...

Warsaw Spire od Ghelamco

Pisałem już kiedyś o pierwszych, skanowanych z belgijskich gazet wizualizacjach nowego wieżowca Ghelamco w Warszawie. Potem nieco się zaintrygowałem i napisałem znowu w klimacie lekko szpiegowskim. Miesiące mijały i oto dnia 1 maja 2008 o planowanej inwestycji zwanej Warsaw Spire napisał jeden z największych serwisów architektonicznych świata World Architecture News.


Warsaw Spire Ghelamco

Mógłbym tutaj teraz owijać w bawełnę, mógłbym stosować ironiczne podszczypywanki, ale powiem wprost. Nie lubię firmy Ghelamco. Nie podoba mi się sposób w jaki przeprowadzają swoje inwestycje, nie podoba mi się architektura ich budowli, a już szczególnie to co zrobili na Placu Bema we Wrocławiu.

Warsaw Spire ma mieć 220 metrów przypominać swoim kształtem ogromnego hot-doga. Parówka to nie mój pomysł, tylko forumowiczów z SSC, ale lepiej określić ten projekt trudno. Zresztą za tysiąc słów wystarczy nocna wizualizacja przerobiona przez cichusa1 (Warsaw Hotdog no cebulca):


Warsaw Spire no cebulca

Budowa rozpocząć ma się według WAN jeszcze w tym roku i potrwać do 2011. W momencie kiedy nasze piękne stadiony zaczną już wynurzać się ponad poziom gruntu, parówa Ghelamco powinna już dumnie prężyć się u zbiegu Grzybowskiej i Towarowej .

Patrząc na ostatnią wizualizację do mojej świadomości zaczęły dobijać się nawet pewne skojarzenia z projektowanym przez biuro Gensler wieżowcem Shanghai Center . Nie od dziś jednak wiadomo, że prawie lubi robić psikusy i dużą różnicę...

źródło: wieżowce.blox.pl
-----

Autor artykułu narzeka, a ja z chęcią zobaczyłbym ten wieżowiec w Kato...



Mies - Wto Gru 02, 2008 11:33 am
Przykład jak trudno ocenić wartość niektórych budynków z czasów PRL.
----------

"Antymiejski maszkaron" pod ochroną ratusza

Michał Wojtczuk 2008-11-27

"Antymiejski maszkaron" czy "dobro kultury współczesnej"? Ostry spór o Uniwersus z Dolnego Mokotowa, który w przeciwieństwie do zburzonego Supersamu ma być chroniony przed rozbiórką

Chodzi o potężny trzykondygnacyjny gmach u zbiegu ul. Belwederskiej i Gagarina obłożony szarym granitem. Wygląda tak, jakby ktoś rzucił na stos trzy betonowe płyty. W 1975 r. zaprojektowali go architekci pod kierownictwem Leszka Sołonowicza. Stanął w miejscu XIX-wiecznej neorenesansowej willi, w której mieściło się schronisko dla paralityków. Plotka głosi, że zburzono ją, bo dostawiona do budynku drewniana kaplica ewangelików kłuła w oczy rezydentów radzieckiej KGB, którzy zajmowali willę obok. Uniwersus otwarty w 1980 r. początkowo miał być pawilonem ekspozycyjnym poświęconym radzieckiej myśli technicznej. Stał się księgarnią państwowego przedsiębiorstwa Dom Książki.



- To był protoplasta dzisiejszego Empiku - mówi Dariusz Koradecki z firmy Selko Industries, która jest dziś właścicielem budynku i wynajmuje w nim biura. Przy okazji prac nad planem zagospodarowania rejonu Sielc złożyła wniosek o wyburzenie Uniwersusa i zastąpienie go nowym budynkiem z 55-metrową wieżą. - Nie był projektowany na cele biurowe. Ma tylko trzy miejsca parkingowe, pracownicy stawiają auta na dziko na chodniku. Nie da się go zmodernizować. Źle się starzeje, odpadają z niego granitowe płyty, które ważą po 400 kg - przekonuje Koradecki.

Wnioski do planu rozpatrzyła właśnie prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz. I wykluczyła rozbiórkę Uniwersusa. - Nie pozwala na to studium zagospodarowania przestrzennego - mówi Marek Mikos, szef miejskiego biura architektury. Częścią studium jest lista budynków stanowiących dobro kultury współczesnej. Okazuje się, że jest na niej również Uniwersus.

Listę przygotowało warszawskie Stowarzyszenia Architektów Polskich. Był też na niej Supersam przy pl. Unii Lubelskiej uważany za dzieło dużo bardziej finezyjne i nowatorskie niż Uniwersus. Mimo to miasto dopuściło do rozbiórki tego pierwszego samoobsługowego sklepu w Polsce.

- Umieszczenie Uniwersusa na tej liście jest mocno dyskusyjne - uważa prof. Konrad Kucza-Kuczyński z Komitetu Architektury i Urbanistyki PAN. W analizie wykonanej na zlecenie właściciela budynku opisuje go tak: "To mało zręczne korzystanie z nurtu japońskiego brutalizmu lat 60. czy też pozorny strukturalizm w duchu architektury radzieckiej lat 70.".

Uniwersusa broni Rafał Szczepański, były prezes warszawskiego SARP, za którego kadencji opracowano listę cennych budynków. - To wyraz nurtu ekspresjonizmu, a w Warszawie nie ma wiele wartościowych przykładów tej architektury - twierdzi.

- Z urbanistycznego punktu widzenia ten budynek jest do likwidacji. To typowy obiekt modernistyczny wprowadzający chaos w przestrzeń miejską - oponuje urbanista Krzysztof Domaradzki.

- Fakt: nie tworzy pierzei, nie kreuje narożnika, ale tak się budowało. Jest specyficzny, w tym jego wartość, stanowi znak czasu - ripostuje Dariusz Hyc, wiceprezes warszawskiego oddziału SARP. Ale przyznaje: - Ratusz popełnił swego rodzaju intelektualne lenistwo, nie określając, na czym ma polegać ochrona budynków wpisanych na listę dóbr kultury współczesnej. Nie zawsze trzeba zachowywać budynek w całości.

Plan zagospodarowania Sielc uniemożliwiający przebudowę Uniwersusa prawdopodobnie zostanie uchwalony na przełomie tego i przyszłego roku. Nieznany jest termin przyjęcia planu pl. Unii Lubelskiej obejmującego teren Supersamu, choć do jego opracowywania miasto przystąpiło pół roku wcześniej. Supersam nie doczekał takiej opieki, jaką będzie mieć zapewniony Uniwersus.

Michał Wojtczuk
Źródło: http://wyborcza.pl/1,94898,5995318,_Ant ... tusza.html



d-8 - Wto Gru 02, 2008 12:30 pm
ciąg dalszy artykułów o wawie.

oto kolejny punkt widzenia i kolejna w sumie ciekawa historia :

Dlaczego uciekłam z Warszawy

Anita Dmitruczuk
2008-11-29, ostatnia aktualizacja 2008-11-28 20:07

Emilka Świtała w Warszawie zostawiła wynajmowany pokój u starszej pani i życie w stresie. Nie rezygnuje z marzeń i to, co robiła w Warszawie, robi w Suchym Borze

Emilka jest radosna i ciekawa ludzi. Prowadzi w Suchym Borze własną firmę copywriterską.

Wróciła do Polski po dziewięciu latach. Spędziła je w Niemczech, gdzie studiowała anglistykę, potem amerykanistykę i na Kostaryce - tam odbyła staż w agencji reklamowej.

Napisała książkę poświęconą problemom rasizmu, wyszlifowała swój angielski, niemiecki i hiszpański. Ale kiedy wróciła do Polski, Warszawa dała jej w kość.

- Wracałam, przyznaję, trochę jak do obcego kraju. Z mocno idealistycznym nastawieniem do tego, co tu zastanę. Nie wiem czemu, ale wydawało mi się, że Polska to kraj otwartych, życzliwych ludzi - mówi Emilka.

Wybór padł na Warszawę, bo tam jest najwięcej agencji reklamowych i tam kręci się cały rynek. Zatrudniła się w firmie jako copywriterka.

Odeszła z niej po pięciu miesiącach, bo nie chciała nie jeść ze stresu całymi dniami, spędzać wieczorów, oglądając jakąś sieczkę w telewizji, gdyż na spotkania ze znajomymi nie było czasu, czuć, że wszyscy ciągle patrzą jej na ręce i zastanawiać się, dlaczego jednego dnia może być wybitna, a drugiego już nie. Jeszcze nigdy nie wydawało jej się, że jej być albo nie być w jakiejś firmie zależy od jednego słowa albo plotki.

O przyjaźniach nie było mowy, o pracy zespołowej też nie. Ani o życiu prywatnym, bo żeby spotkać się z kimś, oboje musieliby mieć czas, oboje musieliby pamiętać o tym, że w ogóle się spotkali i umówili, a potem oboje musieliby spędzić godzinę na dojazdach, żeby pogadać przez godzinę.

- Spotykałam opolan, ludzi którzy tak jak ja przenieśli się stąd do Warszawy. I każde takie spotkanie bardzo mnie cieszyło, bo nagle znajdowały się tematy do rozmów bez żadnego celu i podtekstu. Ale nie pamiętam, żeby udało mi się spotkać z kimś po raz drugi - opowiada.

Warszawy właściwie nie widziała przez pięć miesięcy. Wstawała rano, wsiadała w autobus, żeby się przedrzeć na drugą stronę miasta, które oglądała przez szybę, stojąc w korkach. Wracała wieczorem i cieszyła się, jeśli nie było jeszcze ciemno, bo bała się wracać sama do domu.

- Nigdzie na świecie nie widziałam tylu młodych ludzi na kierowniczych stanowiskach. Zaraz po studiach, z życiem na kredyt. Co może dwudziestokilkuletnia osoba wiedzieć o zarządzaniu zespołem, o reklamie, w której trzeba przecież kontaktów i doświadczenia? W Niemczech to byłoby niemożliwe - twierdzi.

- Czasami myślałam, że ja po prostu przegapiłam ten moment, kiedy rynek reklamy w Polsce zaczął się rozwijać. Wtedy trafiali do niej ludzie z przeróżnych bajek, często nawet bez studiów. To pewnie dlatego jest tu tylu młodych dyrektorów - zastanawia się.

Często czuła się na wylocie, bo kiedy jej projekty trafiały do przełożonych, były chwalone, dopóki się nie okazywało, że to ona jest ich autorką. Miała dość.

- Kiedy odeszłam stamtąd, nagle rozdzwonił się mój telefon. To znajomi z pracy z gratulacjami, że rzuciłam wszystko. Oni też by chcieli, ale tego nie zrobią. Bo mieszkanie na kredyt, samochód na kredyt. Rzucenie pracy jest dla nich ekstrawagancją, na którą sobie nie pozwolą - opowiada Emilka.

Najpierw pojechała do rodzinnego Suchego Boru z zamiarem, żeby do Warszawy jednak wrócić, bo w reklamie chciałaby całe życie pracować. Ale w miarę upływu czasu przekonywała się coraz bardziej do myśli, że już nie chce pracować dla kogoś. I że to, co robi, może równie dobrze robić, mieszkając w Suchym Borze. Na rozkręcenie własnej firmy zdobyła pieniądze ze środków europejskich, przeprawiła się przez meandry biurokracji, zdobyła pierwszych klientów i nowe kontakty. Rozwija się.

- Całkiem niedawno zadzwonił do mnie ktoś z jednej z warszawskich agencji, gdzie kiedyś szukałam pracy. Ale ja już tam nie chcę wracać. To prawda, że Warszawa dała mi popalić, ale nie wyjeżdżałam stamtąd pokonana. Wyjechałam z Warszawy z nowym, zupełnie innym doświadczeniem - kończy Emilka.

Źródło: Gazeta Wyborcza Opole / http://miasta.gazeta.pl/opole/1,35114,6 ... szawy.html



d-8 - Wto Gru 02, 2008 12:33 pm


ten "antymiejski maszkaron" jest w sumie BARDZO miejski i podoba mi się



maciek - Wto Gru 02, 2008 3:20 pm
Nie spotkałem wielu bardzo młodych ludzi na kierowniczych stanowiskach, ale spotykam się na co dzień z czymś innym. Tak zwanym desantem, czyli nagłym obejmowaniem stanowisk przez znajomych królika. Z założenia wszystko mają zrobić lepiej, szybciej i taniej. Potem jest wietrzenie po smrodzie jaki narobi taki desant, bo ani taniej bo drożej, ani szybciej bo dłużej, ani lepiej bo chaos jaki zapanował wymaga przebudowy organizacji... Korporacja to brzmi dumnie



kiwele - Wto Gru 02, 2008 3:37 pm

ciąg dalszy artykułów o wawie.

oto kolejny punkt widzenia i kolejna w sumie ciekawa historia :

Dlaczego uciekłam z Warszawy

Anita Dmitruczuk
2008-11-29, ostatnia aktualizacja 2008-11-28 20:07

Emilka Świtała w Warszawie zostawiła wynajmowany pokój u starszej pani i życie w stresie. Nie rezygnuje z marzeń i to, co robiła w Warszawie, robi w Suchym Borze

Emilka jest radosna i ciekawa ludzi. Prowadzi w Suchym Borze własną firmę copywriterską.

Wróciła do Polski po dziewięciu latach. Spędziła je w Niemczech, gdzie studiowała anglistykę, potem amerykanistykę i na Kostaryce - tam odbyła staż w agencji reklamowej.

Napisała książkę poświęconą problemom rasizmu, wyszlifowała swój angielski, niemiecki i hiszpański. Ale kiedy wróciła do Polski, Warszawa dała jej w kość.

- Wracałam, przyznaję, trochę jak do obcego kraju. Z mocno idealistycznym nastawieniem do tego, co tu zastanę. Nie wiem czemu, ale wydawało mi się, że Polska to kraj otwartych, życzliwych ludzi - mówi Emilka.

Wybór padł na Warszawę, bo tam jest najwięcej agencji reklamowych i tam kręci się cały rynek. Zatrudniła się w firmie jako copywriterka.

Odeszła z niej po pięciu miesiącach, bo nie chciała nie jeść ze stresu całymi dniami, spędzać wieczorów, oglądając jakąś sieczkę w telewizji, gdyż na spotkania ze znajomymi nie było czasu, czuć, że wszyscy ciągle patrzą jej na ręce i zastanawiać się, dlaczego jednego dnia może być wybitna, a drugiego już nie. Jeszcze nigdy nie wydawało jej się, że jej być albo nie być w jakiejś firmie zależy od jednego słowa albo plotki.

O przyjaźniach nie było mowy, o pracy zespołowej też nie. Ani o życiu prywatnym, bo żeby spotkać się z kimś, oboje musieliby mieć czas, oboje musieliby pamiętać o tym, że w ogóle się spotkali i umówili, a potem oboje musieliby spędzić godzinę na dojazdach, żeby pogadać przez godzinę.

- Spotykałam opolan, ludzi którzy tak jak ja przenieśli się stąd do Warszawy. I każde takie spotkanie bardzo mnie cieszyło, bo nagle znajdowały się tematy do rozmów bez żadnego celu i podtekstu. Ale nie pamiętam, żeby udało mi się spotkać z kimś po raz drugi - opowiada.

Warszawy właściwie nie widziała przez pięć miesięcy. Wstawała rano, wsiadała w autobus, żeby się przedrzeć na drugą stronę miasta, które oglądała przez szybę, stojąc w korkach. Wracała wieczorem i cieszyła się, jeśli nie było jeszcze ciemno, bo bała się wracać sama do domu.

- Nigdzie na świecie nie widziałam tylu młodych ludzi na kierowniczych stanowiskach. Zaraz po studiach, z życiem na kredyt. Co może dwudziestokilkuletnia osoba wiedzieć o zarządzaniu zespołem, o reklamie, w której trzeba przecież kontaktów i doświadczenia? W Niemczech to byłoby niemożliwe - twierdzi.

- Czasami myślałam, że ja po prostu przegapiłam ten moment, kiedy rynek reklamy w Polsce zaczął się rozwijać. Wtedy trafiali do niej ludzie z przeróżnych bajek, często nawet bez studiów. To pewnie dlatego jest tu tylu młodych dyrektorów - zastanawia się.

Często czuła się na wylocie, bo kiedy jej projekty trafiały do przełożonych, były chwalone, dopóki się nie okazywało, że to ona jest ich autorką. Miała dość.

- Kiedy odeszłam stamtąd, nagle rozdzwonił się mój telefon. To znajomi z pracy z gratulacjami, że rzuciłam wszystko. Oni też by chcieli, ale tego nie zrobią. Bo mieszkanie na kredyt, samochód na kredyt. Rzucenie pracy jest dla nich ekstrawagancją, na którą sobie nie pozwolą - opowiada Emilka.

Najpierw pojechała do rodzinnego Suchego Boru z zamiarem, żeby do Warszawy jednak wrócić, bo w reklamie chciałaby całe życie pracować. Ale w miarę upływu czasu przekonywała się coraz bardziej do myśli, że już nie chce pracować dla kogoś. I że to, co robi, może równie dobrze robić, mieszkając w Suchym Borze. Na rozkręcenie własnej firmy zdobyła pieniądze ze środków europejskich, przeprawiła się przez meandry biurokracji, zdobyła pierwszych klientów i nowe kontakty. Rozwija się.

- Całkiem niedawno zadzwonił do mnie ktoś z jednej z warszawskich agencji, gdzie kiedyś szukałam pracy. Ale ja już tam nie chcę wracać. To prawda, że Warszawa dała mi popalić, ale nie wyjeżdżałam stamtąd pokonana. Wyjechałam z Warszawy z nowym, zupełnie innym doświadczeniem - kończy Emilka.

Źródło: Gazeta Wyborcza Opole / http://miasta.gazeta.pl/opole/1,35114,6 ... szawy.html


Ten artykul wygeneruje niejednego kaca.
W wiekszosci nie zostana nawet ujawnione.
I niewielka jest szansa na znalezienie remedium.
Wbrew pozorom to nie tylko dzisiejszy swiat.



Mies - Śro Gru 03, 2008 12:26 pm



Dlaczego uciekłam z Warszawy

Źródło: Gazeta Wyborcza Opole / http://miasta.gazeta.pl/opole/1,35114,6 ... szawy.html


To jest bardziej historia tej konkretnej osoby i jej życiowego powodzenia albo niepowodzenia (trudno się zorientować). Miasto tu jest tylko tłem. Gdyby autorka tego wyznania pojechała do jakiejkolwiek stolicy, w której koncentruje się rynek reklamowy, to zapewne jej życie wyglądałoby bardzo podobnie - czyli brak czasu na życie prywatne, ciężka praca, ostra konkurencja. Natomiast młodzi ludzie na kierowniczych stanowiskach w tej branży to raczej norma, są bardziej "na czasie" i potrafią pracować na okrągło, więc jest dziwne, że ją to zaskoczyło. To raczej opis dylematu czy wybrać wieś czy miasto niż tego jaka jest Warszawa.



Mies - Sob Gru 06, 2008 4:11 pm
kilka nowinek z ostatnich dni

Skwer Hoovera otwarty

Miejski pawilon z ogromną podziemną salą między figurą Matki Boskiej Passawskiej a pomnikiem Mickiewicza ma ożywić Krakowskie Przedmieście. W piątek został hucznie otwarty.


- To będzie nowe miejsce na kulturalnej mapie Warszawy - powtarzał ratusz. By pokazać, że nie rzuca słów na wiatr, zorganizował w piątek „podróż w czasie z piosenką i humorem pt. »Przedwojennych kawiarni czar... «”. Przeboje Hanki Ordonówny, teksty Tuwima i Hemara, żydowski szmonces. Nie zawiódł też humor ulicy. Pewien jegomość z trudem utrzymujący równowagę pytał głośno: - Z którego peronu dojadę na Wileńską? Z pawilonu na skwerze Hoovera wyprowadzili go stróże prawa. Chwilę potem wiceprezydent Jacek Wojciechowicz stwierdził: - To ukoronowanie procesu rewitalizacji Krakowskiego Przedmieścia. Wyszło znakomicie.

- Na skwerze posadziliśmy 13 drzew i 4 tys. krzewów, które będą się pięknie komponować z piaskowcem. A na wiosnę uruchomimy tu jeszcze fontannę kaskadową - zapowiedziała Renata Kaznowska, szefowa Zarządu Terenów Publicznych.


Skwer Hoovera ożył tylko na chwilę, bo ZTP nie wyłonił najemcy powierzchni. - Do piątku chętni składali oferty. Wpłynęły cztery. Rozpatrzymy je 10 grudnia. Nie chcemy mieć w tym miejscu typowego lokalu gastronomicznego. Mają się tu odbywać wernisaże i koncerty, będzie działać scena letnia - zapowiada Paweł Kołodziejski, wicedyrektor ZTP.



Dlatego przy wyborze najlepszej oferty ma się też liczyć doświadczenie w prowadzeniu imprez kulturalnych. Zwycięzca będzie musiał płacić około pół miliona czynszu rocznie. Umowę podpisze na dziesięć lat.

Na mistrza patelni i animatora kultury czeka do zagospodarowania 898 m kw. Część podziemna, w której działać będą restauracja i galeria, ma aż 351 m kw. Na wierzchu widać tylko niewielki, przeszklony pawilon (115 m kw.) na kawiarnię z punktem informacji o Warszawie dla turystów.

- Latem zarówno z tyłu pawilonu (od strony Bednarskiej), jak i z przodu z widokiem na Krakowskie Przedmieście staną ogródki kawiarniane - mówi Paweł Kołodziejski. I wspomina o jeszcze jednym obowiązku najemcy - musi prowadzić toaletę publiczną. Jest ustalona sztywna cena za wejście - 1 zł.

Inwestycja kosztowała miasto 22 mln zł. Renata Kaznowska, dyrektorka ZTP, żaliła się niedawno "Gazecie": - Łatwiej chyba zbudować wieżowiec, niż zrealizować taki projekt. Grunt okazał się niestabilny. Natrafiliśmy na doły kloaczne, ruiny, jakieś fundamenty. Rury musieliśmy podłączać metodami górniczymi.

Robotnicy na skwerze natknęli się też na kości pod pamiątkową z informacją o poległych w Powstaniu Warszawskim żołnierzach Armii Ludowej. Miały być to szczątki pięciu członków sztabu AL, którzy zginęli pod gruzami kamienicy przy ul. Freta. Jednak po zbadaniu w Zakładzie Medycyny Sądowej okazało się, że należą do 11 osób, w tym kobiety i dziecka. Sprawą do dziś zajmuje się prokuratura. Dopiero po pobraniu z kości kodu DNA zezwoli na ich pochowanie w kwaterze AL na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach.

Architektura na początek

Budynek na skwerze Hoovera znakomicie wtopiony w teren, prawie niewidoczny, z przodu przezroczysty (szkło), z tyłu masywny i wkomponowany w mur oporowy (piaskowiec) to najnowsze dzieło pracowni JEMS Architekci. Stanowi dobry przykład, jak obiekt w duchu modernizmu może dobrze uzupełnić zabytkową przestrzeń Krakowskiego Przedmieścia. W sobotę JEMS-i obchodzą na skwerze Hoovera 20-lecie swojej działalności. Z tej okazji nastąpi tam otwarcie wystawy fotografii Juliusza Sokołowskiego "Niebo nad Warszawą". Na zdjęciach Sokołowskiego zobaczymy prace JEMS-ów. Wystawę będzie można oglądać do 16 grudnia.

9 grudnia o godz. 18 w sali wystawowej odbędzie się dyskusja "Fotografia architektury. Architektura fotografii" o wzajemnych inspiracjach fotografii, architektury i filmu. Udział wezmą m.in.: Maciej Miłobędzki i Jerzy Szczepanik-Dzikowski z pracowni JEMS, a także architekci Grzegorz Piątek, Robert Konieczny, Ewa P. Porębska i historyk sztuki dr Marta Leśniakowska.

Przeczytaj także: Fundamenty Stadionu Narodowego na półmetku

Dariusz Bartoszewicz 2008-12-05
http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,9519 ... warty.html



Hebel - Śro Sty 21, 2009 7:56 pm


PB": Sony puka do wrót stolicy

mapi, PAP 2009-01-21, ostatnia aktualizacja 2009-01-21 18:13:07.0

- Kolejny wielki koncern myśli o Polsce jako miejscu pod centrum usług - informuje "Puls Biznesu". Chodzi o Sony Entertainment.

Gigant szuka w kilku stolicach miejsca na centrum usług finansowo- księgowych na Europę Środkową i Wschodnią, zatrudniające 200-400 osób. "Puls Biznesu" dowiedział się, że oprócz Warszawy rozważane są Berlin, Praga i Budapeszt. Naszym atutem mogą być wysoko kwalifikowane kadry.

W Urzędzie Miasta potwierdzono gazecie tylko tyle, że władze stolicy negocjują z dwoma dużymi klientami, którzy chcą otwierać centra BPO. Jeden z nich już wie, że to będzie Europa, a drugi jeszcze rozważa inne lokalizacje na świecie.

Zdaniem Michała Olszewskiego, odpowiadającego w magistracie za obsługę inwestorów, zainteresowane firmy coraz rzadziej pytają o granty i powierzchnie biurowe, bardziej interesuje ich wysoko wykwalifikowana siła robocza.

W ostatnim czasie wiele firm decyduje się otwierać w Warszawie swoje oddziały. Nie tak dawno IBM zdecydował, że to właśnie tu powstanie jego Data Center, wcześniej swoje centra BPO uruchomiły tu m.in. ABN Amro, Avon, Citigroup, Hewlett-Packard, TNT Express, czy Tchibo.

A zanosi się na to, że może być ich jeszcze więcej, bo Warszawa wdraża właśnie kilka ważnych projektów, m.in. dotyczący samozatrudnienia i kształcenia osób z rynku budowlanego.

mapi, PAP



d-8 - Czw Mar 05, 2009 12:30 pm
Kryzysowa Bęc Zmiana na Mokotowskiej

Rozmawiała: Agnieszka Kowalska2009-03-05, ostatnia aktualizacja 2009-03-04 21:53


Kryzysowy neon Bęc Zmiany Fot. Tomasz Wawer / AG

Nowy minilokalik fundacji Bęc Zmiana na ul. Mokotowskiej 65 w czwartek wieczorem ujawni swój potencjał. W 15-metrowym wnętrzu zobaczymy kryzysowy neon artysty Janusza Łukowicza ze styropianu, deski i światełek choinkowych.

Fundacja Bęc Zmiana, która zajmuje się promocją kultury i organizowaniem niestandardowych działań artystycznych w przestrzeni miejskiej (tj. słynne różowe jelonki na Powiślu) wynajęła od dzielnicy lokal na ul. Mokotowskiej, w którym dawniej mieścił się sklepik z drewnianymi kotami.

Agnieszka Kowalska: - Lokal nie ruszony, nie odmalowany, bez ogrzewania. Na ścianie jedynie neon ze styropianu. A wy już otwieracie?

Bogna Świątkowska, szefowa fundacji Bęc Zmiana: - A tak! Choć nie jest to żadne oficjalne otwarcie. Zaczynamy od propozycji adekwatnej do czasu i sytuacji, w jakiej się znajdujemy. Neon Janusza Łukowicza to pierwsza odsłona naszego "Biednale 2009". Chcemy tu działać zgodnie z zasadą "Minimalne nakłady. Maksymalne poszukiwania".

Aż tak jest źle z pieniędzmi na kulturę?

- Nie, aż tak źle nie jest. Ale mamy kryzys ekonomiczny, wszyscy tną budżety, szukają oszczędnościowych rozwiązań. I ludzie kultury też muszą nauczyć się działać w takich okolicznościach. Nie doprowadzamy tego lokalu do stanu sztucznej piękności dlatego, że nie mamy na to pieniędzy. Ale też dlatego, żeby pokazać, że nie opakowanie jest ważne, ale jego zawartość.

Jak chcecie wykorzystać te 15 m.kw.?

- Docelowo stworzymy tu księgarnię z książkami o przestrzeni miejskiej, czytelnię czasopism, miejsce spotkań i dyskusji, prezentacji sztuki, młodego designu, punkt informacji turystyczno-kulturalnej. Ale nie od razu, małymi krokami. Chcemy pokazać sposób myślenia Bęca o współczesnej kulturze, naszą otwartość na zmiany, na rozmaite przygody. Dlatego będziemy wpuszczać tu artystów i kuratorów, których cenimy (Joannę Warszę, Grzegorza Piątka, Tomka Rygalika i jego studentów z Wydziału Wzornictwa), żeby pokazali nam jak można tę przestrzeń niestandardowo zagospodarować i co z tych 15 metrów wycisnąć.

Ważne jest też dla nas, że to wszystko dzieje się na ul. Mokotowskiej - salonie bogatego mieszczaństwa, nastawionego na konsumpcję. Tu się kumulują pretensje Warszawy do bycia drugim Paryżem Europy. Gdy chcesz zaprosić znajomych do drogiej restauracji, albo skorzystać z eleganckiego salonu piekności, to przyjeżdżasz tutaj.

Ja nie...

- Właśnie, chciałabym żeby reprezentacyjne ulice też były nasze. Artyści z zagranicy, którzy przyjeżdżają do Warszawy, pytają: Gdzie jest ta wasza kultura niezależna? Są sklepy, banki, a artyści wciskani są na 3 piętro kamienicy albo spychani na peryferia. Mam nadzieję, że teraz się to zmieni, że miasto będzie chętniej przekazywać puste lokale w atrakcyjnych miejscach organizacjom pozarządowym, które zajmują się kulturą. Wiele z nich miesiącami nie udaje się wynająć, właśnie z powodu kryzysu.

Czyli co? Bęc Zmiana Mokotowskiej? Wirus?

- Może nie wirus, ale działanie w konkretnym kontekście, którego zaburzenie owszem sprawia mi przyjemność. Myślę, że Mokotowską zmienimy już tym, że na tej ulicy, na której rządzi pieniądz, będzie można dostać coś za darmo: nasze kulturalne informatory "Notes na 6 tygodni" i nową wersję mapy Warszawy dla travellersów, którą za moment wydamy. Namawiamy też miasto na stworzenie trasy turystycznej od placu Zamkowego do pl. Zbawiciela. Taka mapa to byłby hit! Nic tylko robić. Ale wiesz co jest?

Kryzys?

- Kryzys!

Inauguracja lokalu Bęc Zmiany przy ul. Mokotowskiej 65 w czwartek 5 marca o godz. 19. Więcej na www.bec.art.pl

http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,9519 ... skiej.html



Mies - Nie Mar 15, 2009 10:22 pm
Nowa niewielka księgarnia czynna od lutego w MSN.
----

MUZEUM PRO QM

Księgarnia pod nazwą Muzeum Pro qm, jest nowym, długofalowym projektem artystycznym, realizowanym we współpracy z berlińskim Pro qm, w tymczasowej siedzibie Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie przy ulicy Pańskiej 3.



Muzeum Pro qm łączy funkcje księgarni z miejscem spotkań i wykładów. Księgarnia związana jest ściśle z programem Muzeum, będąc czymś w rodzaju puli „rekomedowanych lektur” lub „kolekcji przypisów” do działalności merytorycznej instytucji.
Zajmujemy się dystrybucją trudno dostępnych wydawnictw dotyczących sztuki, architektury, kultury popularnej, dizjanu, filozofii - zarówno magazynów i periodyków, antologii, katalogów, jak i niskonakładowych druków oraz edycji artystycznych. Liczba dostępnych wydawnictw będzie stale rozbudowywana, począwszy od pierwszej selekcji – 75 książek i 15 magazynów - będącej wskazaniem kierunków („kłączy”), w których rozwijać się będzie asortyment księgarni. Są to, zgodnie z wytycznymi programowymi Muzeum, m.in. refleksja nad rolą współczesnych muzeów i ich architekturą, badanie historii środkowo-europejskich awangard, strategie konceptualne w sztuce od lat 60.

Partnerem projektu jest Pro qm (niem. ma metr kwadratowy) - renomowana, prowadzona od 1999 roku, "księgarnia tematyczna" mieszcząca się obecnie przy Almstadtstrasse w Berlinie. Pro qm, które zdefiniowane zostało jako "krytyczna platforma do negocjacji rozwoju urbanistycznego", realizuje również projekty poza swoją siedzibą - m.in. prowadząc wspólnie z b_books księgarnie podczas documenta 12 w Kassel.

Stawiamy na jakość wydawnictw i ich precyzyjną selekcję, tak więc, wspólnie z założycielami Pro qm - Axelem Wiederem, Jesko Fezerem i Katją Reichard - zmieniamy i dostosowujemy pulę dostępnych wydawnictw do zainteresowań instytucji oraz naszej publiczności. Stale dostępne są tutaj takie magazyny artystyczne jak: Afterall, Grey Room, Idea, Cabinet, October czy Texte zur Kunst, jak i najciekawsze tytuły polskojęzyczne (współpracujemy z takimi wydawnictwami jak Ha!art, Universitas, słowo/obraz terytoria, Krytyka Polityczna). Dystrybuujemy również najciekawsze tytuły z obszernego katalogu amerykańskiego wydawnictwa MIT.

Muzeum Pro qm jest miejscem spotkań i zdarzeń - promocji książek i magazynów, odczytów oraz mikro-koncertów. "Ścieżka dźwiękowa" księgarni opracowywana będzie wspólnie z artystycznymi stacjami radiowymi m.in. nowojorskim WPS1 i Halas Radio z Holonu. Za projekt księgarni, który również będzie podlegał ewolucji, odpowiedzialni są Monika Sosnowska i Jesko Fezer.



Mies - Nie Mar 22, 2009 5:25 pm
Warszawsko-śląska ciekawostka.

-----------
Konspiracyjna agenda województwa śląskiego działała pod przykrywką przedstawicielstwa niemieckiej firmy. Ukryła się w pałacyku, o którego istnieniu mało kto wiedział.


Warszawa nieodbudowana - Złota nr 6

Ogromny ruch, tłumy ludzi na chodnikach, strumienie światła wylewające się z wielkich witryn sklepowych, tramwaje, dorożki, a potem także samochody. Tak przed wybuchem pierwszej wojny światowej w 1914 r. tętniło wielkomiejskie życie w rejonie Marszałkowskiej, ulicy Złotej i Zgoda. Wokół wznosiły się wielkie kamienice. W samym środku tego miejskiego pejzażu między szczytowymi ścianami wielopiętrowych kamienic za bramą domu przy Złotej 6 ukrywał się maleńki pałac i ogród.

Kapryśna grusza

- To był nasz tajemniczy ogród. Miejsce dziecięcych zabaw i pole do fantazji niemającej żadnych ograniczeń. Wpuszczał nas tam właściciel, pan Edmund Sikorski - opowiadała mi pani Maria, nasza czytelniczka.

Sikorski był właścicielem posesji przy Złotej 6. Ogród był wiecznie pogrążony w mroku. Miał ok. 600 m kw. Wystarczająco dużo, by rosło tu kilka drzew. Grusza, wiekowy orzech włoski, kilka kasztanowców o rozłożystych koronach oraz krzewy dzikich róż. "Zdziczałe drzewo owocowe rodziło dla kaprysu co sezon po dwie, trzy gruszki" - pisała na łamach "Stolicy" z 1983 r. Róża Broda-Milczak.

Z kolei pani Maria wspominała kasztanowce. - Na jednym z nich dosłownie zamieszkał mój brat. Ja zaszywałam się w kącie ogrodu zarośniętego niczym nieposkromionymi chwastami - opisywała. Dopiero po latach zrozumiała, że w porównaniu z innymi warszawskimi dziećmi bawiła się w prawdziwym raju.

„Nie było wówczas ogródków jordanowskich, wejście do Ogrodu Saskiego i do Łazienek było zakazane dzieciom bez opieki starszych i osobom »źle ubranym «. Wycieczki za miasto należały do rzadkości” - pisała o Warszawie z początku XX w. Stefania Podhorska-Okołow w książce „Warszawa mego dzieciństwa”.

- Rodzice nie trzymali nas w mieszkaniu. Pozwalali wychodzić i bawić się w ogrodzie jak wiejskim dzieciom. Naszym światem nie było smutne podwórko studnia lecz ogród. Wprawdzie mroczny, ale niezwykły - opowiadała i dodawała, że takie swobodne wychowanie oburzało część jej mieszczańskiej rodziny. - Nasze ciocie uważały nas za dzikusów i spisywały nas na straty - wspominała.

Nagie bóstwa

Trzypiętrowa kamienica przy ulicy Złotej 6 nie wyróżniała się niczym specjalnym. Wpisywała się harmonijnie w pierzeję Złotej między ulicami Zgoda a Marszałkowską. Okna pierwszego piętra ujmowały efektowne półkolumny dźwigające trójkątne naczółki.


Druga kamienica od prawej to Złota 6

Początkowo parter był tylko częściowo wykorzystywany przez sklepy. Za to wyżej znajdowały się wielopokojowe mieszkania. W jednym z nich przed pierwszą wojną światową przyjmował w gabinecie dentysta dr Kazimierz Libera.

Po przekroczeniu szerokiej bramy kamienicy (godnej rzymskiego pałacu) zaskakiwał widok znacznie starszego pałacyku. Był on parterowy z użytkowym poddaszem i skromną, choć bardzo elegancką fasadą. Uroczysty charakter nadawało jej zaakcentowanie partii środkowej pozornym portykiem. Dwie pary korynckich pilastrów podtrzymywały tympanon wypełniony kartuszem herbowym wspieranym przez dwa anioły. Całość obiegał elegancki fryz z festonami. Ozdobnie opracowano też obramienia okien. A przed wejściem na dwóch postumentach spoczywały dziwacznie wygięte postaci nagich bogiń czy też może antycznych personifikacji. Kogo przedstawiały, nie udało mi się jednak ustalić.

Śląsk w Warszawie

W latach międzywojennych właścicielem kamienicy i pałacyku była Zenaida Antonowa. Ponoć żona rosyjskiego lekarza od dawna zamieszkałego w Warszawie. Przed pierwszą wojną światową doktor Antonow przyjmował w gabinecie na Hożej 11.

Róża Broda-Milczak pisze, że do Rosjanina w latach międzywojennych należał także niewielki hotelik po drugiej stronie Złotej. Rosjaninem był też dozorca pilnujący kamienicy i pałacyku przy Złotej 6. Nosił dźwięczne nazwisko Pylipas (czy może Filipas).

Z kolei tuż przed wojną właścicielem pałacyku stał się Erwin Habersfeld. Budynek dzierżawiony był w tym czasie na biura przez Związek Księgowych w Polsce, a tuż przed 1939 r. dzierżawę przejęła berlińska firma "Definitiv - nowoczesna organizacja księgowości". Tu ulokowała się warszawska ekspozytura firmy.


Pałacyk na tyłach kamienicy.

We wrześniu 1939 r. tuż obok eksplodowały pociski. Szybko jednak wyremontowano zdewastowany parter kamienicy i urządzono w nim sklepy. Odremontowano też uszkodzoną część pałacyku, w którym nadal mieściły się biura. „Firma Definitiv prowadząca również agendy gdańskiej fabryki wiecznych piór »Montblank « oraz sprawująca przedstawicielstwo fabryki segregatorów i skoroszytów Luis Leitz ze Stuttgartu (obsługująca kilka dużych niemieckich firm działających w Warszawie i Generalnym Gubernatorstwie) stanowiła przez cały okres aż do 1944 r. znakomitą osłonę rozbudowy i aktywnej działalności Delegatury Rządu na Śląsku przy Biurze Ziem Zachodnich” - pisała Róża Broda-Milczak.

Placówka zajmowała się problemami Śląska wcielonego do Rzeszy. Na siedzibę konspiracyjnego biura pałacyk przy Złotej wybrano w 1941 r. Przy okazji sprawdzono drogi ucieczki na wypadek wizyty policji niemieckiej. Okazało się, że można stąd uciec przez ogród i dalej na ulicę przez dach sąsiednich budynków warsztatowych. Ucieczkę miały ułatwiać haki wbite w pień kasztanowca rosnącego obok warsztatów.

Szefem warszawskiej ekspozytury firmy Definitiv, a jednocześnie działaczem delegatury rządu na Śląsk był ojciec pani Róży Rudolf Broda ps. "Robert".

„Miejscem pracy delegatury rządu na Śląsk był osobny pokój na I piętrze pałacyku oddzielony od pomieszczeń parterowych zajmowanych przez firmę »Definitiv «. Pokój ten urządził ojciec mój nowo zakupionymi, prostymi meblami i przyozdobił pięknym, naszym domowym kilimem (wysłanym do Warszawy wraz z innymi cennymi rzeczami w sierpniu 1939 r.), który dziwnym a niezbadanym zrządzeniem losu przetrwał Powstanie i totalną pożogę wojenną i zdobi nadal - jako bezcenna pamiątka - nasze katowickie mieszkanie” - czytamy na łamach „Stolicy” z 1983 r.

Wsypy nie było

W pałacyku na Złotej stale bywali śląscy działacze polityczni i społeczni. Najczęściej poszukiwani przez Niemców. Róża Broda-Milczak wymienia m.in. Ignacego Sikorę "Gliwickiego" - delegata rządu na Śląsk, Alojzego Targa "Marcina", przedwojennego posła na Sejm Śląski, prawnika i dawnego sędziego Sądu Okręgowego w Katowicach - Edwarda Maćkowa "Dolnego" czy historyka Zbyszko Bednorza. Ten ostatni wspominał po latach, że chociaż przez całą okupację chodził na Złotą 6 jak do prawdziwego śląskiego urzędu wojewódzkiego i choć spotykał tam mnóstwo ludzi, to nigdy nie doszło tu do wsypy.

Zniszczenie budynku przyniosło dopiero Powstanie Warszawskie. Zostały tylko ruiny. Rozebrano je na początku lat 50. "Buldożery ryły Złotą, a wśród stert ziemi i kamieni sterczały żałośnie martwe kikuty drzew. Reszty dopełnił czas" - wspominała Róża Broda-Milczak.

Dziś w miejscu kamienicy i pałacyku znajduje się budynek mieszkalny Ściany Wschodniej oddzielony pasażem od dawnego kina Relax.

Jerzy S. Majewski

***

Artykuł napisałem na podstawie artykułu Róży Brody-Milczak z tygodnika "Stolica" z 5 czerwca 1983 r.

Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna
http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,97596,5045044.html



Strona 10 z 12 • Wyszukiwarka znalazła 1246 wypowiedzi • 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10, 11, 12